piątek, 10 marca 2017

Nasz głos w sprawie samotnych dzieci na Oddziałach Intensywnej Opieki Medycznej

intensywna terapia, wada serca, samotne dziecko, szpital, prokocim
Błażej z mamą na Intensywnej Terapii, 2013 rok

                 Intensywna Terapia Kardiochirurgiczna


Szur, szur, szur. Wielkie rozsuwane drzwi, za nimi sala z chorymi dziećmi.  A przed tymi drzwiami siedzą bladzi rodzice. Drzwi się otwierają, zamykają, szur, szur, szur. Wchodzą i wychodzą ludzie w białych fartuchach, z dokumentami, szpitalnym jedzeniem. Gdy tylko drzwi się rozsuną rodzice zaglądają do środka, żeby chociaż przez chwilę spojrzeć, co się dzieje na sali. Mimo tego i tak nie zobaczą dzieci z takiej odległości. Słychać tylko pikanie monitorów, pomp, ssaków.

Czy to u naszego pika?  Leży pod oknem, stoją wokół niego lekarze, czy to dobrze, czy coś dzieje? Chyba kogoś przywieźli po operacji. O nie, więc znowu nie wejdziemy, bo muszą podłączyć dziecko do kroplówek, ustawić respirator, zaprogramować pompy podające leki.

Już czas, godzina odwiedzin.  Kto tym razem odważy się pierwszy zadzwonić z nieśmiałym pytaniem, czy możemy wejść. Znajduje się ochotnik. Po drugiej stronie nikt nie odpowiada. Mijają minuty. Spróbujmy jeszcze raz.

Mogą państwo wejść.

Szur, drzwi się otwierają. Szur, jesteśmy w środku. Zakładamy fartuchy, stajemy w kolejce do jedynego zlewu by umyć ręce. Podchodzimy do łóżeczka, zawsze ze ściśniętym gardłem, jednym okiem patrząc na naszego malutkiego pacjenta, drugim licząc, ile ma podłączonych leków i co pokazują monitory z parametrami życiowymi.

                                            Rok na Intensywnej Terapii


Najczęściej Błażej wtedy śpi. Kiedy się budzi to prawie od razu dostaje kolejną dawkę leków uspokajających. Całe ciało otaczają kabelki, wkłucia i bandaże. Próbujemy wnioskować, co się działo od wczoraj. Analizujemy, czy ma zmniejszone, czy zwiększone dawki leków.

Prosimy o konsultację z lekarzem. Czasem się to udaje, czasem nie przychodzi nikt. Zdarza się, że pielęgniarka powie dwa słowa, które będziemy roztrząsać przez kolejnych kilka godzin i omawiać z innymi rodzicami, gdy wrócimy na drugą stronę drzwi.

Tak było przez prawie rok. Na szczęście nie na raz. Błażej wychodził z Intensywnej Terapii na inne odziały, bywał też trochę w domu. Ale potem trzeba było go znowu zostawiać. Był po operacjach, zapaleniach płuc, sepsach, wymagał całodobowego nadzoru.

Niestety za każdym razem był od nowa uzależniany od leków, zakładano mu sondę, bo nikt nie miał czasu, by go karmić i poić. Komunikował się płaczem, więc dostawał wtedy lekarstwo i po prostu spał.

                                Czy dzieci muszą być samotne w szpitalu?


Myśleliśmy, że nie ma innego wyjścia, tak musi być, przecież będąc z nim na pewno byśmy przeszkadzali. Poza tym są tam dzieci po operacjach, w ciężkim stanie. No i zarazki, na pewno wnosilibyśmy zarazki.

Nasz światopogląd zmienił się po operacji w Niemczech. Zaznaczam jednak, że to NIE BYŁ GŁÓWNY, CZY NAJWAŻNIEJSZY POWÓD zmiany ośrodka.

Ale jednak szok. Byliśmy z Błażejem po operacji cały czas. Oddzieleni po prostu parawanem od innych pacjentów. Okazało się, że wcale nie przeszkadzamy. Podawaliśmy leki, jedzenie i picie. Pomagaliśmy przy pobieraniu krwi na badania, przy badaniach echa serca, przy myciu.

Dla nas to było bardzo trudne przeżycie.  Musieliśmy patrzeć, jak Błażej cierpi po operacji, jak mu źle. Gdy był w szpitalu sam, oszczędzone nam były te najtrudniejsze momenty. Podczas wizyt rodziców nie robi się badań, nie zmienia opatrunków.

Dzięki naszej obecności i pomocy Błażej nie musiał dostawać wielkich dawek leków na spanie, czy na uspokojenie. Czuliśmy, że jesteśmy ważnym elementem procesu leczenia. Pytano nas o zdanie i nawet się z tym zdaniem liczono.

Mimo wielkich komplikacji Błażej doszedł do siebie stosunkowo szybko. Jeszcze podczas pobytu w szpitalu chodziliśmy na długie spacery, razem na obiady do stołówki szpitalnej. Najważniejszym zaleceniem było :"Jak najmniej czasu spędzać w łóżku".

                                          Dlaczego u nas tak nie ma?

Argumentem przeciwko przebywaniu rodziców na oddziałach Intensywnej Opieki zawsze najpierw są pieniądze. Czyli że nie ma jak zrobić odpowiednich warunków, nie ma miejsca, jest dużo chorych dzieci. A my wiemy, że wystarczy parawan. Nikt nie oczekuje warunków jak w hotelu. Potrzeba tyle miejsca, ile zajmuje mały leżak. To nie dużo.

Podejrzewam, że raczej chodzi o przekonanie, że rodzice przeszkadzają, że TU SIĘ PRACUJE. Szkoda, bo myślę, że dziecko, którym opiekują się też rodzice dochodzi do siebie szybciej. Szpitalom by się to opłacało. Być może jeśli nie przemawia do nich komfort dziecka to może przemówi kiedyś ekonomia. No i przestrzeganie prawa. Bo przypominam, że dziecko MA PRAWO BYĆ Z RODZICEM podczas całego pobytu w szpitalu. Może kiedyś to prawo w końcu zacznie być przestrzegane.