czwartek, 20 kwietnia 2017

Jak rozmawiać z dziećmi o niepełnosprawniści


Dzieci niepełnosprawne jak wszystkie dzieci


Dwuletnia Laura, kuzynka Błażeja, jeździ czasem jego wózkiem inwalidzkim w ramach zabawy. Myślę sobie wtedy, że chyba nie może być lepszej nauki akceptacji osób niepełnosprawnych. Jestem pewna, że dzięki temu, że włącza się w życie Błażeja będzie kiedyś tolerancyjna i bez problemu odnajdzie się w sytuacji spotkania z niepełnosprawnym.





Nie każde dziecko ma jednak tak oryginalnego kuzyna jak Błażej. Sama czasem nie wiem, jak się zachować wobec osoby niewidomej, albo jeżdżącej na wózku. Oferować pomoc? Udawać, że nic nie widzę? Między innymi na te pytania odpowiadają dzieci w książce, którą chcemy wam polecić.

Duże sprawy w małych głowach


Dzieci mają oczywiście wrodzoną ciekawość świata i naturalnie rozpoznają nieprawidłowości. Bardzo szybko zwracają też uwagę na Błażeja. Najczęściej pytają wtedy rodziców, co jest temu chłopcu? A czemu ma dziwną rączkę? Czemu ma coś w nosku? (Tak, tak, tlen zwracał uwagę).

Rodzice nie wiedzą, co robić, tylko nieliczni mówią po prostu, że pewnie jest chory. Większość próbuje nakłaniać dzieci, żeby nie patrzyły. Widać zakłopotanie, my staramy się uśmiechać i odpowiadać na pytania dzieci, jeśli te tylko chcą pytać. Może kiedyś zakłopotania nie będzie, odczarujemy to tabu.

Świetną pomocą do tego jest książka Duże sprawy w małych głowach  Agnieszki Kossowskiej. Autorka jest doktorem nauk humanistycznych, mamą niepełnosprawnego Franka.

O czym to jest?







Duże sprawy w małych głowach to książka opowiadająca o niepełnosprawnościach. Narratorami i bohaterami rozdziałów są dzieci zmagające się z autyzmem, niepełnosprawnością sensoryczną, ruchową, intelektualną, wcześniactwem albo epilepsją. Oczywiście na pierwszym planie jest pokazana choroba, ale szybko okazuje się, że dzieci chore są  takie same, jak zdrowe dzieci. Mają przyjaciół, rodzeństwo, z którym się czasem kłócą. Uczą się grać na pianinie i czytają blogi, nawet jeśli nie widzą.

Dzieci dają nam też instrukcje, jak się zachowywać wobec nich. Pomagają pokonać nasze zakłopotanie.

Niewidoma Ania nie lubi, gdy ktoś nagle ją dotyka, zamiast uprzedzić o tym. Przypomina też, że wcale nie trzeba do niej mówić głośniej, bo słyszy naprawdę dobrze.

Książka pokazuje nam świat z perspektywy choroby. Ania na przykład nie musi chować przed wścibskim rodzeństwem swojego pamiętnika, bo jest pisany alfabetem Braille'a. Pomyślelibyście o tym?

A wiecie, jak  ludzie niewidomi dobierają kolory? Mają do tego specjalne urządzenie - tester kolorów. Dzięki niemu nie muszą się martwić o niepasujące do siebie kolorystycznie ubrania.



Takich ciekawostek i  refleksji jest w tej książce mnóstwo. Nie chcę zdradzać więcej - przeczytajcie.

Dla kogo?


Dla każdego, kto chce poznać dzieci niepełnosprawne, nauczyć swoje dzieci, że ludzie są bardzo różni, dla terapeutów, lekarzy, psychologów, dla każdego!

Duże sprawy w małych głowach  mogą być też świetną pomocą dla nauczycieli. Na stronie książki są dostępne scenariusze zajęć do wychowania włączającego.  


 

Uczmy się empatii, uczmy jej także nasze dzieci, otwórzmy się na inność. Mamy teraz świetne narzędzie.

Polecamy! Błażej też czytał:)





piątek, 10 marca 2017

Nasz głos w sprawie samotnych dzieci na Oddziałach Intensywnej Opieki Medycznej

intensywna terapia, wada serca, samotne dziecko, szpital, prokocim
Błażej z mamą na Intensywnej Terapii, 2013 rok

                 Intensywna Terapia Kardiochirurgiczna


Szur, szur, szur. Wielkie rozsuwane drzwi, za nimi sala z chorymi dziećmi.  A przed tymi drzwiami siedzą bladzi rodzice. Drzwi się otwierają, zamykają, szur, szur, szur. Wchodzą i wychodzą ludzie w białych fartuchach, z dokumentami, szpitalnym jedzeniem. Gdy tylko drzwi się rozsuną rodzice zaglądają do środka, żeby chociaż przez chwilę spojrzeć, co się dzieje na sali. Mimo tego i tak nie zobaczą dzieci z takiej odległości. Słychać tylko pikanie monitorów, pomp, ssaków.

Czy to u naszego pika?  Leży pod oknem, stoją wokół niego lekarze, czy to dobrze, czy coś dzieje? Chyba kogoś przywieźli po operacji. O nie, więc znowu nie wejdziemy, bo muszą podłączyć dziecko do kroplówek, ustawić respirator, zaprogramować pompy podające leki.

Już czas, godzina odwiedzin.  Kto tym razem odważy się pierwszy zadzwonić z nieśmiałym pytaniem, czy możemy wejść. Znajduje się ochotnik. Po drugiej stronie nikt nie odpowiada. Mijają minuty. Spróbujmy jeszcze raz.

Mogą państwo wejść.

Szur, drzwi się otwierają. Szur, jesteśmy w środku. Zakładamy fartuchy, stajemy w kolejce do jedynego zlewu by umyć ręce. Podchodzimy do łóżeczka, zawsze ze ściśniętym gardłem, jednym okiem patrząc na naszego malutkiego pacjenta, drugim licząc, ile ma podłączonych leków i co pokazują monitory z parametrami życiowymi.

                                            Rok na Intensywnej Terapii


Najczęściej Błażej wtedy śpi. Kiedy się budzi to prawie od razu dostaje kolejną dawkę leków uspokajających. Całe ciało otaczają kabelki, wkłucia i bandaże. Próbujemy wnioskować, co się działo od wczoraj. Analizujemy, czy ma zmniejszone, czy zwiększone dawki leków.

Prosimy o konsultację z lekarzem. Czasem się to udaje, czasem nie przychodzi nikt. Zdarza się, że pielęgniarka powie dwa słowa, które będziemy roztrząsać przez kolejnych kilka godzin i omawiać z innymi rodzicami, gdy wrócimy na drugą stronę drzwi.

Tak było przez prawie rok. Na szczęście nie na raz. Błażej wychodził z Intensywnej Terapii na inne odziały, bywał też trochę w domu. Ale potem trzeba było go znowu zostawiać. Był po operacjach, zapaleniach płuc, sepsach, wymagał całodobowego nadzoru.

Niestety za każdym razem był od nowa uzależniany od leków, zakładano mu sondę, bo nikt nie miał czasu, by go karmić i poić. Komunikował się płaczem, więc dostawał wtedy lekarstwo i po prostu spał.

                                Czy dzieci muszą być samotne w szpitalu?


Myśleliśmy, że nie ma innego wyjścia, tak musi być, przecież będąc z nim na pewno byśmy przeszkadzali. Poza tym są tam dzieci po operacjach, w ciężkim stanie. No i zarazki, na pewno wnosilibyśmy zarazki.

Nasz światopogląd zmienił się po operacji w Niemczech. Zaznaczam jednak, że to NIE BYŁ GŁÓWNY, CZY NAJWAŻNIEJSZY POWÓD zmiany ośrodka.

Ale jednak szok. Byliśmy z Błażejem po operacji cały czas. Oddzieleni po prostu parawanem od innych pacjentów. Okazało się, że wcale nie przeszkadzamy. Podawaliśmy leki, jedzenie i picie. Pomagaliśmy przy pobieraniu krwi na badania, przy badaniach echa serca, przy myciu.

Dla nas to było bardzo trudne przeżycie.  Musieliśmy patrzeć, jak Błażej cierpi po operacji, jak mu źle. Gdy był w szpitalu sam, oszczędzone nam były te najtrudniejsze momenty. Podczas wizyt rodziców nie robi się badań, nie zmienia opatrunków.

Dzięki naszej obecności i pomocy Błażej nie musiał dostawać wielkich dawek leków na spanie, czy na uspokojenie. Czuliśmy, że jesteśmy ważnym elementem procesu leczenia. Pytano nas o zdanie i nawet się z tym zdaniem liczono.

Mimo wielkich komplikacji Błażej doszedł do siebie stosunkowo szybko. Jeszcze podczas pobytu w szpitalu chodziliśmy na długie spacery, razem na obiady do stołówki szpitalnej. Najważniejszym zaleceniem było :"Jak najmniej czasu spędzać w łóżku".

                                          Dlaczego u nas tak nie ma?

Argumentem przeciwko przebywaniu rodziców na oddziałach Intensywnej Opieki zawsze najpierw są pieniądze. Czyli że nie ma jak zrobić odpowiednich warunków, nie ma miejsca, jest dużo chorych dzieci. A my wiemy, że wystarczy parawan. Nikt nie oczekuje warunków jak w hotelu. Potrzeba tyle miejsca, ile zajmuje mały leżak. To nie dużo.

Podejrzewam, że raczej chodzi o przekonanie, że rodzice przeszkadzają, że TU SIĘ PRACUJE. Szkoda, bo myślę, że dziecko, którym opiekują się też rodzice dochodzi do siebie szybciej. Szpitalom by się to opłacało. Być może jeśli nie przemawia do nich komfort dziecka to może przemówi kiedyś ekonomia. No i przestrzeganie prawa. Bo przypominam, że dziecko MA PRAWO BYĆ Z RODZICEM podczas całego pobytu w szpitalu. Może kiedyś to prawo w końcu zacznie być przestrzegane.



wtorek, 28 lutego 2017

Dzień Chorób Rzadkich

 

 

 

RZADKIE CHOROBY

 

Dzisiaj jest obchodzony Dzień Chorób Rzadkich. Dotykają one bardzo wąskiej grupy wśród całej populacji. Błażej ma mozaikę trisomii 8 chromosomu, czyli tylko część jego chromosomów jest uszkodzona. To bardzo, hiper, ultra rzadka aberracja chromosomowa. Nie znamy żadnego dziecka z dokładnie takim samym garniturem genetycznym, jaki ma Błażej. Taki z niego oryginał. W Krakowie jest jedna dziewczynka z bardzo podobnym - to Ela.


ZESPÓŁ GENETYCZNY


Podobno kiedyś, zanim robiono badania genetyczne, takie dzieci jak Błażej były diagnozowane jako osoby z Mózgowym Porażeniem Dziecięcym.

Na szczęście nauka działa prężnie i dzisiaj wiemy, że problemy Błażeja wynikają z pierwszych chwil jego powstania, gdy podczas podziału komórek nastąpił "jakiś" błąd. Stąd wada serca, wada mózgu, brak paluszków i całe góry problemów. Statystycznie zdarza się rzadziej niż wygrana szóstki w Lotto. My jednak wygraliśmy naszego małego dziwaka.

Nie znamy dzieci z identycznym rozpoznaniem, jakie ma Błażej. Za to w przedszkolu jest wiele maluchów z różnymi "dziwnymi, nieznanymi" wadami genetycznymi. Tacy ludzie są wśród nas i mimo ogromnego pecha, radzą sobie świetnie. Oczywiście zawsze z zastrzeżeniem "w miarę możliwości", "w swoim zakresie". Szczęście, że mieszkamy w dużym mieście, że jest wielu terapeutów i mnóstwo form pomocy. Nic, tylko korzystać!

Kiedy ktoś pyta, na co choruje Błażej zawsze mówię, że to wada podobna do Zespołu Downa. Tylko dodatkowy chromosom jest w innej parze.

BŁAŻEJ A ZESPÓŁ DOWNA


Były z resztą czasy, gdy bardzo chciałam, żeby Błażej miał właśnie Zespół Downa. Chodzi o chwile, gdy po USG płodu, które wykazało zmiany, mieliśmy badanie genetyczne. A właściwie Błażej miał. Wielka igła pobrała krew z pępowiny i ta krew pojechała do Instytutu Genetyki w Warszawie. Trzy razy, bo ciągle wyniki były niepewne. Pewne było tylko to, że "coś jest bardzo nie w porządku". Wtedy chcieliśmy, żeby to był tylko Zespół Downa.  A to dlatego, że po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła "wady genetyczne płodu" wyskakują bardzo smutne informacje. Nie szukajcie nawet. A o dzieciach z ZD można sobie kupić książkę, są widywane na ulicy. Zawsze gorszy jest strach przed tym, co nieznane.

Około trzech tygodni czekaliśmy na wyniki.

Kiedy okazało się, że to mozaika trisomii 8 chromosomu wcale nie odetchnęliśmy z ulgą. Próżno szukać podobnych dzieci w internecie.  A tak bardzo chciałoby się zobaczyć jakieś statystyki, a może uśmiechnięte buzie na pocieszenie, które było wtedy bardzo potrzebne.

Niestety siedem lat temu nie było wielu forów poświęconych chorym dzieciom, ani tym bardziej grup na FB. Nie mieliśmy pojęcia, czego się spodziewać, co robić, co czytać. Bezradność to chyba najtrudniejsze, z czym trzeba sobie radzić. Kiedyś jeden tata spotkany na korytarzu w szpitalu opowiadał mi, że gdy jakieś 15 lat temu jego syn miał po urodzeniu zdiagnozowaną wrodzoną wadę serca to wertowali z żoną medyczne książki w uniwersyteckiej bibliotece, by czegokolwiek się dowiedzieć. Teraz dużo lepiej.

LECZENIE


Marzeniem byłby ośrodek dla Dzieci z Trisomią Ósmego Chromosomu, albo chociaż (praktycznie patrząc) - Ośrodek dla Dzieci z Rzadkimi Wadami Genetycznymi. Gdzie Błażej byłby pod opieką kompetentnego lekarza, który koordynowałby cały proces leczenia. Teraz to my, tak bardzo niekompetentni, jesteśmy właśnie takimi koordynatorami. Szukamy, często na oślep, próbując robić wszystko tak, żeby Błażejowi było jak najlepiej. A chodzi o kardiologa, neurologa, lekarza rehabilitacji, ortopedę, gastroenterologa, immunologa. I leki od wielu z nich, przyjmowane razem, gdy nikt nie bada, jak one na siebie oddziałują. Często pozostaje tylko mieć nadzieję, że jedno drugiemu nie szkodzi.

Jeśli czyta nas teraz rodzic czekający na dziecko z "dziwną wadą genetyczną", albo taki, które już takiego malucha ma i szuka wsparcia - piszcie! Może coś pomożemy! Nie jest tak źle, jak mogłoby się na początku wydawać:)

     wszechswiatblazeja@gmail.com


wtorek, 21 lutego 2017

Błażej przypomina - nie parkujcie na kopertach! Chyba, że możecie:)





Kiedy Kraków został opanowany przez smog, a w przedszkole było zamknięte z powodu ferii, w ramach spaceru Błażej jeździł na zakupy do supermarketu. Być może wątpliwa to rozrywka, ale Błażej jest miłośnikiem spoglądania na świat z perspektywy wózka na zakupy.

Mamy od niedawna kartę parkingowa dla osób niepełnosprawnych i korzystamy z niej bardzo często. Mój kręgosłup dziękuje komisji, że przyznała nam taki przywilej. To nic, że dopiero po sześciu latach. Lepiej późno niż później.

Jedziemy sobie więc do jednego z krakowskich marketów, parkujemy. Oczywiście  na miejscu dla niepełnosprawnych. Obok stoi samochód bez odpowiednich oznaczeń za szybą. Ale jako z natury mili i wyrozumiali ludzie, uznajemy z Błażejem, że ok, wybaczamy, może akurat ktoś bardzo się spieszył. Może przyjechał "tylko na pięć minut." Co prawda w około jest mnóstwo zwykłych miejsc do zaparkowania, ale  ignorujemy sprawę. 

Kolejny dzień, znowu jedziemy na nudny spacer wśród puszek z kukurydzą i  kolorowych landrynek. Parkujemy.  I kto stoi obok nas? Tak, tak, znajomy z wczoraj, nadal bez odpowiednich oznaczeń. Pamiętamy, że miał charakterystyczne zarysowania i naklejkę z księżniczką na tylnej szybie. Stoi w innym miejscu, więc na pewno jeździł w między czasie. Nadal jednak na miejscu, na którym nie ma prawa stać. Nadal także jest sporo wolnych miejsc w około, ponieważ jest przed południem w środku tygodnia.

Ciągle jesteśmy wyrozumiali, może ktoś ma kolejny ciężki dzień i bardzo mu się spieszy.

Zgadnijcie, co stało się trzeciego dnia? Chyba nie trzeba opowiadać historii jeszcze raz.


Co jakiś czas odbywają się kampanie przypominające, żeby nie parkować na takich miejscach, jeśli możesz się samodzielnie poruszać i jeśli nie masz karty uprawniającej do tego.

Jak widać nadal jest wielu takich, którzy nic sobie z tego nie robią. Pamiętajcie, że także na parkingach w supermarketach obowiązuje zakaz parkowania bez odpowiednich oznaczeń.

Wiele osób ma karty, które dawno utraciły ważność. W 2015 roku była weryfikacja uprawnień do posługiwania się kartą. Teraz może ją otrzymać ktoś, kto ma znaczne trudności w poruszaniu się, czyli ma schorzenia narządów ruchu, wzroku, albo ciężkie problemy neurologiczne. Taką niepełnosprawność widać. Po prostu. Więc jeśli widzicie kogoś, kto śmiga na obcasach, często z wielkimi i ciężkimi siatkami z centrum handlowego i ma za szybą kartę dla osób niepełnosprawnych to jest wielkie prawdopodobieństwo, że nie jest to karta zgodna z prawem. Karta znaleziona w rzeczach po cioci nie uprawnia do stawania na miejscach dla osób niepełnosprawnych.


To jest obowiązujący od 2015 roku, jedyny poprawny, wzór karty:


Jakie są kary za łamanie przepisów?

  • Za nieuprawnione posługiwanie się kartą parkingową i parkowanie na miejscu dla niepełnosprawnych lub miejscu zastrzeżonym grozi mandat w wysokości 800 zł i 5 pkt. karnych;
  • za nieuprawnione parkowanie na miejscu dla niepełnosprawnych grozi mandat w wysokości 500 zł i 5 pkt. karnych;
  • za nieuprawnione posługiwanie się kartą parkingową dla niepełnosprawnych grozi mandat w wysokości 300 zł.      
    (Dz.U. z 2013 r., poz. 1624; ost. zm. Dz.U. z 2015 r., poz. 506))

Nie parkujcie na miejscach dla niepełnosprawnych, Błażej przypomina!


piątek, 17 lutego 2017

Błażej i Pan Ośmiorniczek, co ich łączy?

Jak w wielu przedszkolach i u Błażeja odbył się niedawno Bal Przebierańców. Każdego roku przykładamy się do wykonania kostiumu. Już kiedy Błażej był malutki zauważyliśmy, że ludzie dużo przyjaźniej na niego reagują, gdy jest ładnie i kolorowo ubrany. A kiedy reagują to się uśmiechają, wtedy Błażej się uśmiecha i niesie ten uśmiech dalej w świat.

Kiedyś czytałam, że zdarza się, że rodzice dzieci niepełnosprawnych ubierają je byle jak, niezgodnie z wiekiem, a nawet płcią. Chyba chodzi o przekonanie, że skoro dziecku właściwie wszystko jedno, jak wygląda, skoro nie rozumie norm społecznych, czy dress kodu, to można założyć cokolwiek, byle było czyste. Co do czystości nie mamy zastrzeżeń, ale reszta argumentów jest po prostu wyrazem braku szacunku do dziecka. Oczywiście najczęściej nieświadomego.

My staramy się jednak, żeby Błażej wyglądał jak chłopcy w jego wieku. Z tego powodu ma kolorowy wózek inwalidzki i wielu także zdrowym dzieciom się on podoba.

Ale miało być o strojach karnawałowych.

Błażej nie rozumie po co właściwie ma się przebierać, nie wie, czym jest Bal Przebierańców, ale zawsze staramy się, żeby wyglądał oryginalnie. Oczywiście sami mamy przy okazji sporo zabawy z wymyślaniem i tworzeniem strojów. A to tegoroczny efekt:



Błażej bawił się tak cudownie, że potem nie mógł spać w nocy, tylko opowiadał zabawkom, co się działo.

Podoba się Wam nasz Pan Ośmiorniczek?

piątek, 10 lutego 2017

Błażej i Wasze pieniądze, dziękujemy!


Podatki są jedną z tych rzeczy, od której nie ma ucieczki. No chyba, że jesteśmy bardzo znanymi politykami, albo piłkarzami i możemy coś pokombinować. Ale zakładam, że nie ma takich wśród czytelników naszego bloga. Każdy musi stracić co najmniej jeden wieczór w roku, aby rozliczyć się z fiskusem.

I przy tej okazji można pomóc. Już prawie połowa Polaków decyduje się na przekazanie jednego procenta ze swoich podatków na organizacje pożytku publicznego. Na pewno dostajecie wiele próśb, by pomóc. Chore dzieci, zwierzęta, domy dziecka. Wiemy, że  mimo morza potrzeb wielu z Was wybiera Błażeja.

Chcemy powiedzieć, jak to działa i co się dzieje z Waszymi pieniędzmi.


Wpisujecie dane do formularza, wysyłacie go do Urzędu Skarbowego i ......



Fundacja dokładnie sprawdza faktury, które przesyłamy. Zgromadzone środki są wydawane jedynie na pokrycie wydatków związanych z niepełnosprawnością i chorobami Błażejka. 

Na przykład Błażej może iść za te pieniądze na zajęcia logopedyczne, ale nie może iść do kulkolandii, czy kupić zabawek.

Błażejek ma dodatkowe zajęcia osiem razy w tygodniu. W tym tylko jedna godzina jest opłacana przez NFZ. Uwaga! Jedna godzina W MIESIĄCU. Tak, tak - dobrze przeczytaliście. Jakiś urzędnik uznał, że skoro Błażej jest pod opieką hospicjum, to potrzebuje jednej godziny rehabilitacji w miesiącu!

A wiele dzieci, które sąobjęte pomocą hospicjum, to dzieci przewlekle chore, potrzebujące bardzo wielu godzin różnych form wsparcia.
Nasz dzielny Błażej ma 32 godziny zajęć w miesiącu. Z czego jedną opłaca NFZ, trzy Fundacja Hospicjum dla Dzieci Alma Spei, a za całą resztę płacimy my. Opłaty za zajęcia wynoszą od 60 do 100 zł. za godzinę. Łatwo policzyć, ile kosztuje niezbędna pomoc.

Bez środków zgromadzonych na subkoncie Błażeja nie bylibyśmy w stanie zapewnić mu tego, co jest mu potrzebne do rozwoju.

 A zajęcia to tylko jeden z wydatków. W ostatnim roku, dzięki Waszym wpłatom Błażej mógł dostać:



Oczywiście do wózka i ortez dorzucił się odrobinę NFZ, w pierwszym przypadku 3 tysiące (musieliśmy dopłacić 4,5), w drugim 1 tysiąc (musieliśmy dopłacić 4,5). Błażejek codziennie przyjmuje jedenaście różnych lekarstw, większość nie jest refundowana. Jak na przykład sildenafil (jedna z jego nazw handlowych to Viagra), bo jako lek na serce jest dofinansowany tylko dla dorosłych. Miesięczna kuracja to około 300 zł.

Zwierzamy się z tych wewnętrznych budżetowych spraw nie żeby narzekać i utyskiwać. Cieszymy się, że są możliwości pomocy Błażejowi, odpowiednie terapie, specjaliści i leki. Chcemy tylko pokazać, że Wasza pomoc i Wasz jeden procent podatku jest Błażejkowi bardzo potrzebny.

Kolejny rok prosimy więc o pomoc i pamiętanie o Błażeju podczas wypełniania ostatnich rubryk w formularzu PIT.

Dziękujemy!!!


Przekaż 1% podatku

W formularzu PIT wpisz numer: 
                                            KRS 0000037904
W rubryce „Informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1%” podaj:
20567 Kwiecień Błażej

czwartek, 15 grudnia 2016

Błażej i Mikołaje

Już niedługo Święta, a że Błażej znowu był grzeczny przez cały rok, więc oczywiście odwiedził go Mikołaj. A właściwie dwóch.

Najpierw było spotkanie w przedszkolu:



Potem odwiedził Błażeja Mikołaj hospicyjny w asyście Aniołków, pana pielęgniarza i pani fizjoterapeutki. Bardzo dziękujemy za prezenty!



Widać, że Błażej to Mikołajowy weteran:)